Wczoraj obejrzałam „Niczego nie żałuję” z Marion Cotillard. Przyznam, że dość długo zabierałam się za to, by go wreszcie zobaczyć. Miałam wrażenie, że film przytłoczy mnie trochę swoją patetycznością, albo będzie zbyt dołujący. W końcu stwierdziłam, że go pożyczę – a co mi szkodzi, najwyżej w połowie wyłączę. Denerwowały mnie w filmie skoki czasowe (z młodości w czasy choroby, by później znów trafić do dzieciństwa). Sama fabuła też mnie momentami nużyła. Jednak gra aktorska Marion wszystko rekompensuje - jest ona fenomenalna. Wcześniej zastanawiałam się, dlaczego dostała tego Oscara i czy czasem nie jest to nagroda niesłusznie nadana przez Akademię. Całe szczęście okazało się, że byłam w ogromnym błędzie. Aktorka nie gra, ona staje się Edith. Wszystko jest jakby naturalne, niewymuszone. Ogromnym atutem jest również sama charakteryzacja i kostiumy.
Wcześniej Cotillard widziałam w filmie „Miłość na żądanie”. Tam swoją grą tak nie poraża, lecz film bardzo przyjemnie się ogląda. Spodoba się w szczególności wielbicielom „Amelii”. W produkcji odnajdziemy taki sam klimat. Miłość tutaj jest pokazana z innej strony, nie tak romantycznej – miłość to gra. No i Polacy odnajdą miły dla siebie akcent.
W najbliższym czasie mam zamiar obejrzeć "Incepcję" oraz "O północy w Paryżu". Ciekawe jak tam zagrała. A czy Wy już widzieliście te filmy?
Zdjęcia pochodzą z serwisu: www.weheartit.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz